Przeznaczenie
by Liliana Lemańczyk
***
ROZDZIAŁ II
Podmuch wiatru Śmierci
8. 9. 10. 11.
***
Część poprzednia

8.
***
Arashi i dwaj towarzyszący jej młodzieńcy znaleźli się w innym wymiarze bardzo szybko, aż nazbyt szybko. Nawet nie musieli przejść przez korytarz czasoprzestrzenny... Arashi tłumaczyła to sobie faktem, że wymiar natury, w którym żyli Kageru i Neeko, musi leżeć gdzieś bardzo blisko... No cóż, Arashi nie miała zamiaru tracić czas na zbędne przemyślenia i ledwo znalazła się w wymiarze natury, już rozejrzała się wokół siebie. Uhm, musiała przyznać, że to wszystko wyglądało ciekawie... Roślinność jak w dżungli, wilgotne, ciepłe powietrze... Młoda władczyni wiatru dotknęła jednego z dużych, zielonych liści, na którym mogłyby się zmieścić trzy dłonie. Nie ulegało wątpliwości, że roślina jest prawdziwa. I klimat najwyraźniej też. Arashi już była skłonna pomyśleć, że znajduje się w strefie równikowej, kiedy nagle w oddali zamajaczyły się mury potężnego zamczyska. Kapłanka znów powróciła do punktu wyjścia, wiedziała bowiem, że raczej w dżungli trudno jest spotkać kamienne zamczysko, które swoim wyglądem przypomina raczej budowle średniowieczne. Wszystkie rozmyślania dziewczyny nie zajmowały więcej, niż minutę, kiedy zarówno ona jak i jej drużyna trwali w milczeniu, zastanawiając się nad swoim otoczeniem i myśląc nad wyborem trasy. Lecz wtem w umysłach całej trójki jednocześnie powstała ta sama decyzja - iść w stronę zamku. Decyzja została jednogłośnie przyjęta, potwierdzona krótkimi, jednoznacznymi skinieniami głowy. Wojownicy ruszyli naprzód.
Wędrówka bynajmniej nie była łatwa, trudno było przedzierać się przez egzotyczne zarośla, które rosły w okolicach. Nawet nóż, który miał ze sobą Tsurai, nie ułatwił trójce wojowników przeprawy. Arashi siłą swoich ramion torowała sobie drogę wśród gałęzi i liści, które częściowo usunął już Tsurai, za którym kapłanka właśnie szła. Powoli posuwający się pochód zamykał Seimei, który właściwie nie musiał sobie torować drogi, dostał tylko polecenie "zabezpieczania tyłów". Było jednak oczywiste, że w takiej dżungli raczej nikt nie zaatakuje wojowników, jednakże Arashi i Tsurai w niemym porozumieniu postanowili nie zmuszać Seimei'a do wysiłku fizycznego... wszak władca wody jeszcze nie wylizał się z ran zadanych mu przez Ray... Wtem Arashi poczuła, że coś oplątuje jej nogę i z krzykiem padła na ziemię. Tsurai i Seimei już zwrócili się w jej stronę, na ich twarzach malował się strach. Ale kiedy władca ognia, pomagający wstać dziewczynie, zauważył zwykłą lianę oplątującą nogę Arashi... Gdyby nie powaga sytuacji i czerwone rumieńce wstydu na twarzy kapłanki, Tsurai na pewno choćby się uśmiechnął, jednak teraz na jego twarzy nie majaczył się nawet najmniejszy uśmieszek. Kapłanka w milczeniu wstała i wciąż płonąc zdradzieckim rumieńcem skinęła głową na znak, że wszystko w porządku. Eskapada posuwała się naprzód.
Przez zielone sklepienie nie widać było, czy jest dzień czy noc i po co najmniej godzinnej wędrówce zmęczeni wojownicy stracili rachubę czasu. Myśleli, że zamek jest tak blisko... a teraz wszystko zaczęło wskazywać na to, że zmylili drogę. Myśl o zabłądzeniu prześladowała zarówno odważnego i opanowanego Tsurai'ego, jak i Arashi i Seimei'a... jednakże nikt z całej trójki nie wypowiedział tej myśli na głos... W pewnym momencie Arashi poczuła jakby łaskotanie na nodze i zerknąwszy na prawą nogę zauważyła krew... właśnie spływającą pod kolanem... Ech, widocznie skaleczyła się o jakąś roślinkę podczas tej przeprawy... Przez kolejną godzinę wojownicy szli coraz bardziej zmęczeni, w ogóle nie odzywając się do siebie... kiedy nagle zarośla zaczęły się przerzedzać i oczom wyczerpanej trójki ukazało się duże jezioro, otoczone tropikalnymi drzewkami, zaś za jeziorem, na wzniesieniu... ukazał się ogromny, szary zamek. Teraz, kiedy wojownicy byli bliżej zamczyska, widzieli ogrom budowli i Arashi cichutko gwizdnęła. Wędrówka poprzez zarośla, wydająca się trójce wojowników nieskończonością, zakończyła się. Już jeden etap minął! Jednakże trójka wojowników była zbyt zmęczona, aby wznieść jakiekolwiek okrzyki radości, ale na ich twarzach widniały szczere uśmiechy.
Kiedy tak chwilę postali w jednym miejscu, spoglądając na malownicze jeziorko i zamek, Tsurai postąpił krok naprzód, zwracając się do swoich towarzyszy:
- No, to idziemy w dalszą drogę!
Ale tutaj napotkał stanowczy opór.
- O, nie! Szliśmy długo, jesteśmy wszyscy zmęczeni i zasługujemy na odpoczynek, a ty zamierzasz kontynuować wyprawę już teraz? Nie ma mowy! - oznajmiła Arashi cedząc powoli każde słowo, jednak w jej oczach migotały błyski humoru.
Seimei nic nie mówił, uśmiechał się tylko. Widać jednak było, że swoim milczeniem popiera protest Arashi, tak więc chcąc nie chcąc Tsurai, choćby ze względu na najdroższego przyjaciela, zdecydował się zrobić mały postój.
Spokojnym, powolnym krokiem ludzi zmęczonych, ale szczęśliwych, trójka wojowników skierowała się w stronę jeziorka, którego tafla połyskiwała milutko w świetle... czy to możliwe? W świetle zachodzącego słońca... A więc wymiar natury znajdował się na Ziemi, podobnie jak wymiar bogini światła... Arashi zrobiło się dobrze na myśl, że jest przecież na swojej planecie, a nie na Księżycu czy Przeznaczenie wie jakich planetach.
Jest u siebie...
Po chwili cała trójka usadowiła się w co przyjemniejszych zakątkach wokół jeziorka. Seimei i Tsurai ku zdziwieniu Arashi wyrazili chęć kąpieli i, tak jak stali, wbiegli do cieplutkiej wody. Kapłanka opanowawszy zdumienie, z uśmiechem na ustach obserwowała, jak jej koledzy opryskują się wodą i odzyskują energię podczas nurzania się w jeziorku. Seimei był w swoim żywiole i bawił się doskonale, a Tsurai... Arashi, która tak niewiele razy w swoim życiu widziała uśmiechającego się władcę ognia, teraz słyszała jego szczery, wesoły śmiech, rozbrzmiewający echem po całej okolicy... Dziwnie szybko nabrali tej energii w wodzie, pomyślała podejrzliwie Arashi, wciąż z tkliwym uśmiechem śledząc wybryki towarzyszy. Wybrała sobie przyjemne miejsce tuż nad brzegiem jeziorka, zdjęła sandały i zanurzyła stopy w cieplutkiej wodzie. Pomachała nogami wywołując ruchy małych fal i patrzała, jak słońce odbija się w przejrzystej, idealnie czystej tafli... Na chwilę zapomniała zupełnie o zmęczeniu i o celu ich wyprawy do tego pięknego, nieznanego świata... ale po chwili świadomość powróciła, nie zdołała jednak zepsuć humoru kapłance, która postanowiła choć na chwilę odegnać obowiązki precz.
Z krótkiej przerwy zrobiła się przerwa półgodzinna i Arashi ani się obejrzała, a słońce niemal zniknęło za horyzontem. Teraz jego czerwone blaski oświetlały jeszcze jezioro, ale zaczynało się robić chłodniej i to był pierwszy znak, który nakazał całej trójce zbierać się do dalszej wędrówki. Trzeba było dotrzeć do zamku przed zupełnym zachodem słońca... Arashi rozmyślając nad dalszym ciągiem wyprawy, przywdziała sandały na mokre, bose stopy i stanęła trochę dalej od brzegu. Słyszała coraz bardziej zbliżające się, wesołe głosy Tsurai'ego i Seimei'a, i już po chwili obaj wojownicy ukazali się na brzegu, parskając radośnie.
- Przeziębicie się. - skwitowała ich wygląd Arashi, uśmiechając się nieznacznie.
Seimei wzruszył ramionami:
- W takim ciepełku?
No tak, mimo wszystko Arashi musiała przyznać, że ciepełko było zabójcze, a chłód płynący od wody - niemal zupełnie nieznaczny. Kapłanka czuła się, jakby naprawdę była w egzotycznej, tropikalnej dżungli. Tsurai i Seimei otrząsnęli się z wody licząc na to, że ich ubrania wysuszą się w tej temperaturze, która z pewnością przekraczała trzydzieści stopni i tylko chłodny wiaterek sprawiał, że nie było tu nieznośnie.
Słońce chyliło się coraz bardziej ku zachodowi, nad zamkiem pojawiły się jasno-granatowe chmury. Wtedy to odświeżona, pełna nowych sił trójka wojowników kierowała się w stronę ogromnego zamczyska. Pochyłość wzgórza, pokrytego tylko bujną trawą, była łatwa do przebycia dla wojowników, zaprawionych już dosyć dzięki wędrówce po tropikalnym buszu. Tak więc już po niecałych piętnastu minutach drużyna znalazła się na szczycie wzgórza, tuż przed wielką, kamienną bramą. Słońce schowało się już zupełnie za horyzontem i tylko nikłe błyski przypominały Arashi o pięknej chwili odpoczynku nad jeziorem. Kapłanka tęsknym wzrokiem spojrzała na rozległy, tropikalny las i zarośla nad wodą, zaś po chwili w ślad za swoimi towarzyszami skierowała się do wnętrza zamczyska.
Ledwo trójka wojowników weszła do środka, już powiało chłodem, wydającym się aż niemożliwym w stosunku do temperatury panującej na zewnątrz. Po plecach Seimei'a przebiegły ciarki i chłopak wzdrygnął się. Przemoczone ubranie zaczęło mu coraz bardziej przylegać do pleców, a chłód zamkowych pomieszczeń niemal gwarantował dobry katar. Tsurai też nie wydawał się tym specjalnie zachwycony, a Arashi dziękowała Przeznaczeniu, że zamoczyła tylko nogi, po których teraz przebiegły jej dreszcze. W zamku było ciemno - kapłanka nie mogła odgadnąć, czy tylko z powodu zapadającego zmroku, czy też były jakieś inne przyczyny. Z holu, w którym stała trójka wojowników, wybiegały trzy odnogi i jedne schody. Po chwili namysłu Tsurai wybrał schody.
 Schody były mocne, szerokie i wykonane z twardego kamienia, tak więc nie budziły niemal żadnych obaw. Tsurai wszedł na pierwsze stopnie i, zbadawszy po omacku (im wyżej, tym ciemniej...) teren przez dobre dwa metry w górę, krzyknął do towarzyszy:
- Możecie iść spokojnie, schody są dobre!
Arashi i Seimei niemal zupełnie bez strachu wstąpili na stopnie i zaczęli iść w górę. Było co prawda za ciemno, aby cokolwiek dostrzec, ale wojownicy opierali się o kamienne ściany i pod ich podporą szli naprzód. I tak właśnie Arashi miała zamiar przebyć przez całe schody, przynajmniej do chwili, kiedy będzie miała pod nogami grunt. No właśnie, grunt... Na wysokości około dziesięciu metrów i w górę, w odstępie paru metrów były umieszczane wąskie okienka, przez które wpadało nieco światła pierwszych gwiazd. Dzięki temu wojownicy widzieli schody choć trochę i mogli spokojnie posuwać się naprzód. Wtem jednak rozległ się stłumiony krzyk Tsurai'ego. Arashi i Seimei, idący w dosyć dużej odległości za swoim przywódcą, zatrzymali się. Obu ścięła się krew w żyłach - zaczęli nasłuchiwać. Dopiero po chwili usłyszeli głos władcy ognia, trochę drżący, ale w gruncie rzeczy opanowany, głos, który przywrócił im spokój o życie i zdrowie Tsurai'ego:
- Chodźcie tutaj! Szybko!
Arashi i Seimei jak tylko najszybciej mogli, nie zachowując żadnej ostrożności, wspięli się na kolejne stopnie i już po chwili przystanęli za Tsurai'm. Kiedy obaj zajrzeli władcy ognia przez ramię, doznali wstrząsu. Oto przed nimi ziała czarna, ziejąca czeluść - schody się urywały. Arashi westchnęła głęboko, gwałtownie blednąc i opierając się dłońmi o zimny mur ściany. Rozumiała, że przed katastrofą ustrzegło ich tylko okienko, umieszczone akurat w miejscu, gdzie urywały się schody, i dogłębnie ilustrujące dobudowaną połowę stopnia, a następnie... przepaść... Tsurai swoim nożykiem odłupał kawałek skały i rzucił go w czarną otchłań. Arashi i Seimei nastawili czujnie uszu, lecz dopiero po dłuższej chwili usłyszeli niemal niesłyszalny stuk. Serce podeszło im do gardła - jak głęboka była ta przepaść? Co by się stało, gdyby w nią wpadli? Kapłanka wolała nawet o tym nie myśleć. No i co teraz? Chyba zostaje tylko zejście na dół i udanie się w jeden z korytarzy... Arashi właśnie miała zaproponować takie rozwiązanie, kiedy nagle dostrzegła, że wzrok Tsurai'ego kieruje się gdzieś na odległość trzech metrów, na ścianę. Kiedy tam spojrzała, ujrzała małą wnękę - i natychmiast zrozumiała, o czym myślał władca ognia. Jednak nie trzeba było marnować wspinaczki po schodach...
Tsurai właśnie miał zamiar wspiąć się po kamiennej, złożonej z malutkich cegiełek i wnęk pomiędzy nimi, ścianie, kiedy nagle usłyszał czyjeś kroki i cofnął się gwałtownie, cudem unikając wpadnięcia do przepaści. Zapadła absolutna cisza, w której było słychać tylko kroki zbliżającej się osoby. Arashi po cichu uformowała swój wietrzny miecz i, opierając się plecami o ścianę, stanęła obok Seimei'a. Tsurai wyjął swój nóż, a Seimei zaczął zbierać w dłoni małe fale wody, starając się, aby nie szumiały.
Nieznajomy nadchodził.
Kiedy tylko zza rogu schodów wysunęła się biała szata... trójka wojowników postanowiła działać. Tsurai bezgłośnie przyskoczył do nieznajomego, po szacie sądząc - najwyraźniej jednego z bogów, których mieli zniszczyć. Jednym chwytem zniewolił zaskoczonego przeciwnika, ale bóg już po chwili odzyskał sprawność myślenia i pomiędzy Tsurai'm a Kageru rozgorzała walka. Seimei chcąc pomóc przyjacielowi przygotował falę wody i za jej pomocą utworzył sieć, którą w pośpiechu oplątał Kageru. Arashi też postanowiła włączyć się do akcji i jednym, silnym ciosem przebiła ciało przeciwnika na wylot... trysnęła krew... Wszystko trwało zaledwie minutę i po chwili znów zapadła cisza. Tsurai dla pewności podciął bogowi gardło i ułożył zakrwawione, sponiewierane ciało na schodach.
- Niech to będzie przestroga dla bogów. - oznajmił.
Jego słowa były jednym z pierwszych zdań, jakie zostały wypowiedziane w zamczysku, i echo rozniosło się wśród ścian, wywołując taką atmosferę, że Arashi stwierdziła, iż się po prostu boi...
- Dziwnie łatwo nam poszło z tym bogiem... Aż nie mogę uwierzyć, że on nie żyje... - westchnął Seimei.
I oto w chwili, kiedy wypowiedział te słowa, ciało jakimś nadludzkim wysiłkiem poruszyło się i chwyciło Tsurai'ego za nogę. Zaskoczony chłopak cofnął się i... poczuł pod nogami brak gruntu... Arashi i Seimei byli tak zdezorientowani, że nawet nie mieli okazji zainterweniować, kiedy władca ognia i ciało boga spadali w dół... Seimei odzyskał przytomność umysłu dopiero po chwili. Ukląkł na schodach, przyciskając kurczowo dłonie do jednego ze stopni i wpatrując się w czarną otchłań... Po chwili w jego oczach zamigotał szaleńczy błysk i chłopak byłby się rzucił w przepaść, kiedy powstrzymała go Arashi. Dwójka nastolatków mocowała się przez chwilę, kiedy nagle Arashi cięła Seimei'a mieczem w rękę. Opór chłopaka ustał. Kapłanka, wciąż trzymając władcę wody za dłoń, powiedziała drżącym głosem:
- Chcesz postradać życie w taki sposób?
Seimei zacisnął zęby i nie odpowiedział. Szaleństwo minęło, ale władca wody żałował takiego stanu rzeczy... Och, teraz niemożliwe wydawało mu się dobrowolne skoczenie w przepaść... a jednak czuł, że musi to zrobić... Powoli uspokajał się... rozumiał, że teraz ulgę może znaleźć tylko w walce... Szybkim krokiem zaczął zbiegać ze schodów, a zaskoczona Arashi mimowolnie pognała za nim.
- Stój! Oszalałeś?! - zawołała, lecz jej słowa nawet nie dotarły do uszu Seimei'a.
Schody się skończyły, Seimei wbiegł do jednego z korytarzy. Arashi biegła za nim, biegła tak szybko, jak tylko mogła, bojąc się zgubić chłopaka z oczu... kto wie, jakie głupstwo mógłby wtedy uczynić... Cienie padające wśród ścian zamczyska zlewały się z odbłyskami światła, przedostającymi się przez dziury w ścianach... Seimei obserwując te cienie podczas swojego szaleńczego biegu, zaczął czuć się jakoś dziwnie... Ogarniała go zarówno niemoc, jak i ogromna energia... której musiał się poddać i którą mógł zużyć tylko w jeden sposób.
Zabijając.
Przeznaczenie, igrając z istnieniami dwójki wojowników, w pewnej chwili postawiło przed nimi boginię Neeko, która słysząc trzaski i odgłosy walki na schodach postanowiła się tam udać i sprawdzić, co zaszło. Teraz stanęła oniemiała i Seimei, który nie mógł wyhamować tak łatwo, wpadł prosto na nią, siłą swojego rozpędu wywracając boginię na posadzkę. Neeko krzyknęła, lecz jej usta zostały zakryte przez Seimei'a. Kobieta i młody, szalony chłopak zaczęli się turlać na podłodze w morderczym uścisku. Neeko prędko wyczuła, że teraz stawką jest życie...
Arashi nadbiegła właśnie w tym momencie, kiedy Seimei brał górę. Zziajana przystanęła, padając na kolana i dotykając dłońmi zimnej posadzki. Chwilowo czuła, że nie może walczyć, a widząc szalę zwycięstwa przechylającą się na stronę Seimei'a... postanowiła nie brać udziału w tej walce...
Seimei walczył, walczył z taką desperacją, że zarówno Neeko jak i Arashi były zaskoczone. W pewnym momencie bogini wyciągnęła spod swojej szaty miecz i zaczęła nim ciąć na oślep ciało Seimei'a. Ale władca wody nie zważał na ból, na czas tej walki jego energia stała się większa nawet od siły Tsurai'ego... Nienawiść dodawała władcy wody sił... Arashi przypomniała sobie, jak sama, z szalonym uporem odbywała swoją pierwszą walkę w życiu... pojedynek z Ray... I tamten pojedynek zakończył się porażką... czy rozpacz i szaleństwo muszą kończyć się właśnie w taki sposób? Kapłanka wyczuła niejasną obawę... obawę o Seimei'a...
Ale władca wody bynajmniej nie tracił swoich punktów w grze - mimo tego, że odniósł wiele nowych ran, atakował dalej... Po jego czole spływała krew, zalewając jedno oko... biała koszula wojownika była teraz niemal zupełnie czerwona od krwi... Czerwień, piękna purpura... Arashi mimo wszystko nie mogła się powstrzymać od upojenia widokiem tego koloru... mimo, że wiedziała, iż jej myśli są tak okrutne...
Ale koniec walki się zbliżał.
Seimei jednym ruchem fal, zawartych w jego dłoni, podciął krtań Neeko... i po chwili atak ze strony bogini osłabł... Jednakże Neeko ostatkiem sił uderzyła Seimei'a prosto w głowę i Arashi zrobiło się niedobrze... Krew trysnęła jeszcze mocniejszym strumieniem, ale już było po wszystkim. Walka się skończyła.
Seimei zachłysnął się krwią i Arashi widząc, jak chłopak się krztusi, odzyskała przytomność myślenia. Szybko podbiegła do władcy wody i nie zważając, że jej dłonie plamione są obficie czerwoną posoką, odwróciła delikatnie głowę Seimei'a w bezpieczną pozycję. Zupełnie przypadkowo spojrzała w jego oczy... i przeraziła się. Te zielone, słodkie, chłopięce, pełne radości życia oczy... były teraz jakieś nieprzytomne, szalone... jakby Seimei znajdował się w jakimś transie...
- Seimei, Seimejek... Jak się czujesz? - spytała półgłosem Arashi, ściskając nieco mocniej ramię chłopaka.
Seimei wyglądał tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale głos uwiązł mu w gardle. Władca wody uśmiechnął się leciutko i przymknął oczy. Arashi, ogarnięta niezrozumiałym dla niej niepokojem, położyła rękę na zakrwawionej piersi Seimei'a. Serce wojownika biło, co prawda szybko i nierówno, ale biło... i to sprawiło, że Arashi poczuła się całkowicie szczęśliwa... sama nie wiedziała dlaczego... Przecież zginął Tsurai, a Seimei... Nie, Arashi nie mogła powiedzieć, że ją i Seimei'a nic nie łączy. Stanowczo od tej chwili, kiedy spotkali się po raz pierwszy w gabinecie pani Ran, coś pomiędzy nimi powstało. I była to przyjaźń...
Arashi złożyła głowę na piersi Seimei'a. Czuła, jak bije jego serce... Przez chwilę tak trwała, ale po chwili uświadomiła sobie z przerażeniem, że teraz w każdej chwili Seimei może się wykrwawić na śmierć... i dopiero wtedy zrozumiała powagę sytuacji. Pełna rozpaczy skoncentrowała swoją duszę i wyzwoliła ją, tworząc energię teleportacyjną. Dzięki niesamowitemu, chwilowemu wysiłkowi, udało jej się szybko i łatwo przenieść do normalnego wymiaru ziemskiego, wymiaru, w którym żyli zwykli ludzie, jednakże wystarczająco silni, aby pomóc Arashi i Seimei'owi.

9.
***
Na osiedlu zamieszkiwanym przez Arashi i resztę drużyny zapadła już noc, bezgwiezdna, posępna noc. Księżyc na chwilę wyłonił się zza chmury i zajrzał w okna pobliskiego szpitalu. Na ławce na pierwszym piętrze, niedaleko sali operacyjnej, siedziała Arashi, z głową ukrytą w dłoniach. Płakała... Wokół panowała absolutna cisza, w poczekalni nie było absolutnie nikogo poza kapłanką. Na białą szatę dziewczyny spadały maleńkie, błyszczące kropelki, w których bawił się właśnie błysk księżycowego światła. Cała postać Arashi, zazwyczaj wyrażająca taką pewność siebie i niezależność... była teraz bezsilna... Potężna kapłanka sprawiała wrażenie dziecka, samotna, pozbawiona czułego gestu, dłoni głaskającej jej czarne włosy...
Och, czemu płacze z powodu Seimei'a... dotąd nie płakała nigdy z powodu jakiejkolwiek osoby... A teraz Seimei... Po raz pierwszy w życiu Arashi przyłapała się na heroicznej myśli, że gotowa by była uczynić jakiekolwiek poświęcenie, aby tylko władca wody przeżył...
Zegarek na przegubie dłoni Arashi tykał cichutko, odmierzając kolejne minuty, podczas których Arashi odbywała prawdziwe tortury... myśląc nad tym, co się stało i co się może stać... Już dawno straciła nadzieję, że walka będzie tak piękna, jak jej się wydawało podczas treningów... teraz widziała cały ten ból... ból, który powodowała walka, który nie dotykał wyłącznie osoby pokrzywdzonej, ale i osoby jej bliskie... Arashi wiedziała, że podczas tamtej walki w wymiarze natury nie otrzymała żadnych ran... za to Tsurai, który jeszcze parę godzin temu śmiał się opryskując rozweselonego Seimei'a wodą z jeziorka... Czy to możliwe, że ci dwaj chłopcy znajdowali się teraz tak daleko?... Jeden w innym, pośmiertnym wymiarze... zaś drugi na sali operacyjnej, walcząc o przeżycie... na skraju wymiarów Życia i Śmierci...
Arashi zacisnęła mocniej zęby i łzy popłynęły większym strumieniem z jej oczu... Wszystko od chwili, kiedy w zamczysku złożyła głowę na zakrwawionej piersi przyjaciela, wydawało jej się snem... ułudą... Zaskoczenie dyżurnej pielęgniarki, przerażenie lekarzy na widok tak rannego pacjenta... Arashi nic wówczas nie mówiła... Seimei stracił wtedy przytomność padając prosto w jej ramiona... A ta chwila, kiedy odzyskał na chwilę przytomność, w pośpiechu wieziony na wózku na salę operacyjną... kapłanka wciąż czuła dotyk jego dłoni i miękkie spojrzenie ukochanych, zielonych oczu... I te słowa, pierwsze od chwili, kiedy zabił Neeko... "Arashi, trzymaj się... ufam, że mnie nie zawiedziesz..."... Kapłanka wiedziała, że jeżeli Seimei nie przeżyje, to ten wyraz oczu i jego słowa będą ją prześladować bardzo długo, kto wie, czy nie do końca życia...
Minuty dłużyły się nieubłaganie...
I wybiła godzina jedenasta w nocy. Arashi zerknąwszy na zegarek wybuchła gwałtownym, rozpaczliwym szlochem, odbijającym się echem od ścian szpitala. Kiedy to wszystko się skończy? Kiedy? Och, to nie może być prawda... Wtedy otworzyły się drzwi od sali operacyjnej i pojawił się w nich wózek. Kapłanka urwała swój szloch w połowie i z przerażeniem spojrzała na bladą twarz Seimei'a... Ale kiedy uniosła oczy do góry, napotkała wzrok jednej z pielęgniarek... Kobieta uśmiechała się, ale bynajmniej nie ze smutkiem, który mógłby zwiastować Śmierć... dla Arashi nieznajoma pielęgniarka stała się teraz zwiastunem Szczęścia. I gdyby nie wspomnienie cichej i okrutnej śmierci Tsurai'ego, Arashi byłaby teraz zupełnie szczęśliwa... a tak to jeden ułamek sekundy, jak klatka z filmu... przedstawiająca oczy władcy ognia, rozszerzone w niemym przerażeniu... To sprawiło, że do szczęśliwego serca Arashi zakradła się kropla goryczy.

10.
***
Wybiła pierwsza w nocy. Noc wciąż była pochmurna, ale księżyc wydawał się jaśnieć łagodniejszym i cieplejszym blaskiem, niż dwie godziny temu. Po opustoszałych uliczkach osiedla i bliskich mu okolic przemykali się nieliczni, spóźnieni przechodnie. Jednym z nich była młoda dziewczyna, ubrana w czarną, obcisłą suknię. Najwyraźniej wracała z prywatki. Chwilowo nie zwracała na nic uwagi, szła rozpromieniona myślami o swoich własnych sprawach, kiedy nagle... zauważyła w pobliżu cień... Zaskoczona obróciła się i wydała okrzyk przerażenia. Przed nią stał dobrze zbudowany, niewątpliwie bardzo wyrośnięty jak na swój wiek szatyn o krótko obciętych, rozwichrzonych włosach, stalowych, chłodnych oczach, połyskujących teraz jakimś dziwnym blaskiem. W jego ręce zalśnił nóż... Dziewczyna kierowana instynktem przeżycia rzuciła się do ucieczki, ale nie dobiegła daleko, wkrótce tajemniczy cień ją dogonił i pochwycił w swój śmiertelny uścisk...
Powietrze rozdarł kolejny, przerażający krzyk.
Dziewczyna nie mogąc się wyrwać z ramion nieznajomego usiłowała wzywać pomocy, lecz szło to na marne o tej porze nocy...
- Kim jesteś? Czego ode mnie chcesz?! - spytała rozdygotanym głosem dziewczyna, wciąż oczekując cudu.
I wtedy rozległ się szept, pełen drapieżności i szaleństwa:
- Jestem cieniem... duchem, który powrócił do życia... pragnę twojej krwi...
W stalowych oczach młodzieńca zalśniło złote światło... silna, uzbrojona w stalowy nóż dłoń nieznajomego przejechała zdecydowanym ruchem po krtani dziewczyny, która to dziewczyna wydała z siebie jakiś nieludzki wrzask... Popłynęła mała, czerwona strużka... puszczone przez tajemniczego mordercę ciało upadło na asfalt... Młodzieniec zniknął... pozostawiając po sobie wizję ducha o błyszczących nienaturalnym blaskiem oczach...

11.
***
Znów szpital, parę godzin po operacji Seimei'a. Władca wody leżał właśnie na łóżku na sali pooperacyjnej, wciąż jeszcze wpółprzytomny z powodu silnej narkozy. Nie mógł spać. Po jego głowie przesuwały się szybko wizje, cienie, duchy i światła... cała podświadomość nagle stanęła chłopakowi przed oczyma. Szeroko otwarte, trochę nieprzytomne oczy Seimei'a wpatrywały się w okno, za którym czaił się mrok, tylko sporadycznie rozświetlany łagodnym blaskiem księżyca... Seimei kurczowo zacisnął palce na pościeli. Widział słabo. Przed oczyma majaczyły mu się różne kształty: stoliczka stojącego obok łóżka, lampki, paru szafek stojących w salce, ramy okiennej, drzew w oddali... Wszystko mieszało się teraz w jedną, czarną plamę... Seimei zamrugał gwałtownie oczyma i kształty z powrotem stały się kształtami, zamglonymi, ale widocznymi.
Jednak w pewnej chwili chłopak poczuł, jak czyjaś dłoń zdecydowanym ruchem podnosi jego podbródek do góry. Wytężył wzrok, ale dostrzegł tylko niewyraźny zarys ludzkiej sylwetki... Nagle zmorzyła go okropna senność, której nie zaznał od chwili, kiedy pojawił się w szpitalu... nie obchodziło go już, że czuje chłód stali na krtani, następnie na policzku... Seimei przymknął oczy, powoli zapadając w sen. Poczuł jeszcze, że czyjeś usta muskają delikatnie jego wargi... i już nic nie czuł... zasnął głębokim, mocnym snem... Nigdy się nie dowiedział, kto złożył na jego ustach pierwszy pocałunek...

KONIEC ROZDZIAŁU II

Część poprzednia

Wróć do strony głównej moich opowiadań
Wróć do strony głównej
***
(C) 1999, Liliana Lemańczyk