Przeznaczenie
by Liliana Lemańczyk
***
ROZDZIAŁ II
Podmuch wiatru Śmierci
1. 3. 4. 5. 6. 7.
***
Ciąg dalszy

1.
***
Był już ranek, godzina siódma. Za oknami było dosyć słonecznie i przyjemnie, ale Seimei nie miał najmniejszej ochoty wstawać z łóżka... Był zmęczony i bolała go głowa razem z paroma innymi organami ciała - dlatego miał zupełnie dość życia, a przynajmniej na dziś. Jednakże pani Ran była nieubłagana...
- Seimei, wstawaj, bo się do szkoły spóźnisz! - oznajmiła wchodząc do pokoju i otwierając szeroko okno.
Przez okienne ramy wleciał podmuch świeżego, odrobinę zimnego powietrza oraz ćwierkanie ptaków, ale nawet to nie było w stanie poprawić humoru chłopaka.
- Mamuś, daj spokój, to ja wczoraj wróciłem na wpół żywy, a ty mi już kolejnego dnia każesz iść do szkoły! - mruknął z wyrzutem, siadając na łóżku.
Pani Ran uśmiechnęła się. Co za syn...
- Przecież napisałam ci zwolnienie z WF! Ani słowa więcej - wyskakuj z łóżka i zjedz śniadanie, bo muszę przewietrzyć pościel! W dodatku nie narzekaj na wczesne pobudki, pomyśl sobie, że twoja mama wstaje jeszcze wcześniej, a do szkoły wędruje już o wpół do ósmej! - oznajmiła pogodnie.
Seimei ziewnął, przeciągnął się i rad nierad wstał. Przedstawiał niezbyt optymistyczny obraz - jego ramiona, barki i głowa oplecione były dosyć grubymi zwojami bandażu. Ale chłopak nie miał czasu przejmować się takimi bzdurami i drapiąc się nieprzytomnie w bujną czuprynę skierował swe kroki do kuchni. Ech, co za życie! Szkoła, walka, szkoła, walka, obowiązki w domu, szkoła, walka i tak w kółeczko... Zwariować można! Zielone oczy Seimei'a zmrużyły się ironicznie, podczas oględzin śniadania. I znowu to samo - chleb z masłem i serem, dzień w dzień... A Seimei rutyny nie lubił - lubił, jak coś się zmieniało, ot, na przykład skład śniadania. Dla poprawienia humoru chłopak parę razy zaklął i raz jeszcze ziewnął, po czym w myśl swojej mądrej matki zabrał się za nieszczęsne śniadanie.

3.
***
W wymiarze bogini Ray panowała absolutna cisza. Teraz, o poranku, figlarne błyski odbijające się o wszystkie możliwe przedmioty, kanty i powierzchnie, były jeszcze wyraźniejsze i piękniejsze. Ogromna świątynia jaśniała w oddali, równie majestatyczna i piękna, jak tej nocy, podczas której posadzka świątyni splamiona została krwią Seimei'a i Tsurai'ego. W wielkiej komnacie, głównej sali świątyni, błyski światła i laseru bawiły się coraz śmielej w różnokolorowych witrażach, przedstawiających motywy roślinne i krajobrazowe, lub po prostu zwyczajne mozaiki, nie mniej atrakcyjne od skomplikowanych wzorów. Błyski światła padały także na gładkie czoło i miedziane fale, wijące się wokół twarzy leżącej na podłodze dziewczyny. Kiedy blask laseru oświetlił twarz panny, rysy mogły się wydać tak znajome i tak podobne do rysów Seimei'a... Tak, to była właśnie Ray. Okryta białą tkaniną, o pięknej, anielskiej twarzy wygląda naprawdę prześlicznie... była tak pełna kolorów, jej policzki były zaróżowione tak, jakby była żywa... Tylko, że wśród Szóstki Wojowników chodziły pogłoski, że bogini światła jest martwa...
Wtem dziewczyna drgnęła i wyciągnęła przed siebie rękę. Z cichym jękiem wsparła się na niej i otworzyła zielone oczy, o identycznym wejrzeniu, jak oczy jej brata. Może tylko zielone oczęta Ray były śmielsze od oczu Seimei'a... ale na pewno nie posiadały tak dużo pogody ducha. Ray usiadła na posadzce, miedziane fale jej włosów od razu ułożyły się harmonijnie na kafelkach posadzki świątyni. Bogini uśmiechnęła się leciutko, choć jej ciało, teraz trochę odsłonięte spod białej tkaniny, było całe poparzone, w niektórych miejscach widoczne były większe lub mniejsze skrzepy.
Oczy Ray zajaśniały, jakby pod wpływem któregoś z błysków bawiących się w komnacie. Dziewczyna rozchyliła czerwone usta, z których wypłynął cichy szept, niesłyszalny dla żadnego ludzkiego ucha, szept, który pochłonąć miały na zawsze ściany świątyni... Szóstce Wojowników nie było dane kiedykolwiek dowiedzieć się, co szeptała w uniesieniu ziemska bogini światła, późniejszymi czasy mogli się tylko tego domyślać...

4.
***
Dwadzieścia minut brakowało do chwili, kiedy wybić miało południe. Skwar był nieziemski, mimo iż była to dopiero końcówka kwietnia. Seishin, Arashi, Seimei, Tsurai, Anshi, Shinji i reszta klasy pałała więc zachwytem, kiedy dowiedzieli się, że na ścieżkę ekologiczną wyjdą na dwór, zamiast siedzieć w dusznej sali. Niektórym osobom mina zeszła dopiero w chwili, kiedy dowiedzieli się, że lekcję spędzą robiąc porządki w ogródku szkolnym - kopiąc rowki do odpływu wody i wyrywając trawę na pewnym obszarze.
- Co za życie, już wolę walczyć, niż wybierać z ziemi robale, a zwłaszcza te glizdy! - jęknęła Shinji, spoglądając na swojego chłopaka, wiernie dotrzymującego jej kroku.
Arashi uśmiechnęła się trochę złośliwie.
- Nie glizdy, a dżdżownice, bardzo pożyteczne zwierzątka, moja droga. - oznajmiła.
Shinji nie odpowiedziała już nic, tylko zmierzyła Arashi chłodnym spojrzeniem i przytuliła się do ramienia Anshi'ego. Seimei uśmiechnął się patrząc na Seishin przywdziewającą celofanową rękawiczkę. Nigdy by nie pomyślał, że liderka Szóstki Wojowników zniży się... do prac w ogródku... Seimei wiedział, że to rzecz normalna, którą robią niemal wszyscy ludzie... a jednak Seishin... Władcy wody raczej trudno było sobie wyobrazić taką sytuację... Jednakże Seishin nie przejmowała się tym, co przyszło jej robić, i ze świętym spokojem przysiadła na barierce, czekając na nauczycielkę. Nie było dane jej czekać długo, gdyż już po chwili pojawiła się niska, wesolutka kobieta. Od razu oznajmiła, że klasa ma się podzielić na zespoły z jednym facetem z łopatą i trzema dziewczynami, które będą otrząsały wykopaną trawę z ziemi.
Kiedy nauczycielka mówiła, Seishin słuchała jej słów jednym uchem, a drugim wypuszczała. Zaabsorbowało ją bowiem coś zupełnie innego... a mianowicie... W oddali stała mała dziewczynka o przeraźliwie jasnych, złotych oczach, które miały wejrzenie bardzo poważne... pełne jakieś wewnętrznej, ukrytej mocy... Na domiar złego dziecko miało zawieszony na szyi łańcuszek z symbolem kapłaństwa... choć ubrane było w zwyczajne szorty i bluzkę z krótkim rękawkiem. Liderka Szóstki była po prostu zaskoczona - kim jest ta dziewczynka? Te oczy... łańcuszek... W pewnej chwili dziecko skierowało na Seishin swoje niezwykłe oczy - i po plecach odważnej liderki przeszedł dreszcz... Władczyni wiecznych lodów stłumiła w sobie uczucie, że po prostu boi się tej dziwnej małej... to na pewno, ale na pewno nie było normalne dziecko... to była kapłanka... Pozostawało tylko jedno pytanie - czy dziewczynka służy bogom, czy też stoi po stronie Szóstki? Seishin przeklęła w myślach fakt, że ma teraz lekcje i razem z pozostałymi uczniami jest czujnie obserwowana przez nauczycielkę - w przeciwnym razie natychmiast porozmawiałaby z małą...
- Senpai, wróć na ziemię! - poprosił Anshi, który już dobrą chwilę nawoływał nieobecną myślami liderkę Szóstki.
- Na ziemię? Aha, tak... A co? - Seishin zdradzała objawy, które wydały się dziwne jej podwładnym.
Wciąż czuła na sobie spojrzenie dziewczynki, ale wtem... dreszcz przestał przenikać jej ciało. Seishin zerknęła na miejsce, w którym uprzednio stała dziewczynka... ale teraz nie zobaczyła już nic... Żadnego śladu... zupełnie nic... Szary, pusty asfalt...
- Senpai, może pomogłabyś koleżankom? - zagadnął lekko ironicznie Anshi, jednocześnie patrząc na Seishin i wykopując kolejne grudki ziemi i trawy.
Liderka bez słowa schyliła się i wzięła w celofanową rękawiczkę jedną z kępek, zaczynając ją rytmicznie potrząsać... wciąż myślała o nieznanym jej dziecku... ale po chwili postanowiła skoncentrować się na pracy.
Stanowczo.
Nawet ona nie zamierzała przejmować się obowiązkami wojowniczki w taki dzień. Niech sobie ta dziewczynka wędruje, gdzie tylko jej się podoba. Kiedy w miarę skoncentrowana na przydzielonej jej robocie Seishin "obrabiała" kolejną kępkę, usłyszała stłumiony krzyk obrzydzenia. Obejrzała się w stronę, z której dochodził krzyk i cmoknęła z niezadowoleniem. Oto Shinji stała z grymasem obrzydzenia na twarzy, a przed nią pełzała dorodna, przerażona wstrząsami ziemi, dżdżownica. Arashi i Anshi uśmiechali się, zaś Seishin była zdegustowana zachowaniem złotowłosej koleżanki.
- Przecież to tylko dżdżownica, weź ją w rękawiczkę i odłóż w inne miejsce. - poradziła życzliwie Arashi.
- Sama to zrób. - odburknęła Shinji.
 Poskutkowało, Arashi zamilkła. Anshi chcąc zapobiec problemom, zawołał w stronę kolegi z klasy:
- Ej, Rudy, chcesz glizdę?
I tu napotkał piorunujące spojrzenie nauczycielki.
- Dżdżownicę, dżdżownicę... - poprawił się Anshi i nauczycielka skierowała spojrzenie w stronę jakiegoś lenia, który obijał się, zamiast odwozić taczką wyrwane kępki.
Arashi uśmiechnęła się i zatonęła w rozważaniach, przenosząc się w bogaty świat imaginacji i wyobrażeń, jaki posiadają tylko nieliczne nastolatki. Wiatr rozwiał jej czarne włosy, przytulił się do policzka, musnął wargi... i kapłanka poczuła się jak w błogostanie. Seishin tylko spojrzała na towarzyszkę, która walczyła tej nocy u jej boku, i uśmiechnęła się. Coś w oczach Arashi przypomniało jej wyraz oczu złotookiej dziewczynki...

5.
***
Minęło już więcej, niż siedem spokojnych, przyjemnych dni. Popołudnie. Ciepłe, słoneczne, milutkie. Arashi, zachwycona tak śliczną pogodą, ubrana tylko w białą, przewiewną bluzkę i czarne dzwony, delektowała się spacerkiem po osiedlu. Cieszyła się, że ma choć chwilę odpoczynku od nieustannych obowiązków związanych z nauką i misją, starała się nie przejmować niepowodzeniami, jakich doznała w szkole. Teraz, wśród cieplutkich błysków słońca i delikatnych podmuchów wiatru, nie obchodziło ją, że nie została wybrana do konkursu ortograficznego, że powoli obniża swoje loty podczas rywalizacji w nauce, jak zawsze pod koniec roku szkolnego. A misja? E tam, jeszcze tylko czterech bogów... Mogą tam sobie poczekać. Co prawda Seishin coraz częściej i wyraźniej napomykała o konieczności ponownej wyprawy dwójkami w inne wymiary (metoda sprawdzona na doświadczeniu i skuteczna, Arashi doskonale o tym wiedziała), ale... napotykała równie wyraźny opór. Seimei był wystarczająco ranny, aby nie być zdolnym do większego wysiłku fizycznego, stan Tsurai'ego też nie był wcale taki świetny. Ale rany Arashi i Seishin już się zabliźniały, zaś Anshi i Shinji nawet nie byli draśnięci... Kapłanka wiedziała, że prędzej czy później i tak będą musieli stoczyć kolejną walkę... ale jej się wyjątkowo nie chciało walczyć akurat w tym okresie.
Westchnęła ciężko.
Ostatnio polubiła pisanie, a miała na to coraz mniej czasu... Nawet nie z powodu nauki, ale misja... Seishin uparła się, aby wojownicy ćwiczyli swoją władzę nad energią co najmniej parę godzin dziennie i codziennie sprawdzała postępy swojej drużyny. Arashi protestowała gorąco przeciwko temu, ale później musiała sama przyznać rację. Ech, szkoda gadać. Zerwała małą gałązkę dzikiej jabłoni rosnącej i zaczęła ową gałązkę obracać w palcach, wtulając swój zgrabny nosek w delikatne płatki.
- Ślicznie pachnie, co? - spytał ją czyjś głos.
Arashi od razu poznała ten ciepły głos o miękkim zabarwieniu. Tak, to musiał być Seimei. Skinęła głową, nie odwracając nawet twarzy do kolegi. Ostatnio ona i Seimei zbliżyli się do siebie, spotykali się mimochodem podczas drogi do szkoły albo ze szkoły wracając. Nie zawsze Seimei był sam, często towarzyszył mu Tsurai. Jednakże teraz zielonooki nastolatek był w pojedynkę, Arashi przekonała się o tym, odwróciwszy twarz w stronę kolegi.
- Wiesz, chyba za bardzo lubię wiosnę, kiedy coś kwitnie, nigdy nie mogę się powstrzymać, aby całych godzin nie spędzać na podwórku... - oznajmiła wesoło.
- Ja też uwielbiam kwiaty, choć Tsurai mówi, że zupełnie mnie pod tym względem nie rozumie. - odpowiedział Seimei, koleżeńskim gestem rozczochrując grzywkę Arashi.
Zaczęli rozmawiać na tematy błahe, niepoważne i głupiutkie, ale sprawiało im to przyjemność. Wspólna przechadzka, rozmowa... Arashi zastanowiła się, jak to ona mogła żyć wcześniej bez drugiego człowieka, bez przyjaciela lub choćby kolegi, bez kogoś, komu mogłaby zaufać i z kim mogłaby interesująco spędzić czas. Jednakże przeszłość została za nią - teraz kapłanka czuła, że jej życie zostało podzielone na dwie części, które rozgraniczał ów pamiętny, pełen wydarzeń dzień. Pierwszą częścią była przeszłość, która dla Arashi była tak odległa... Nawet zdarzenia sprzed tygodnia pamiętała niezbyt dokładnie... Zaś drugim rozdziałem księgi życia Arashi stała się teraźniejszość i przyszłość, kiedy to sprawy przybrały poważniejszy obrót, sprawiając, że kapłanka mimo swojego młodego wieku zmuszona była zabijać i niszczyć...
Tymczasem Seimei poczynił wielkie odkrycie, że dziewczyna potrafi być nie tylko kochanką, ale i świetnym kumplem, a może i przyjacielem. Wiedział jednak, że Arashi nigdy nie dorówna Tsurai'emu, którego cenił bardziej niż kogokolwiek - no, może jeszcze tylko matka i siostra wyprzedzały władcę ognia w podświadomym rankingu Seimei'a. Jednocześnie jednak spoważniał, ledwo tylko przyszła mu na myśl Ray. Wiedział, że nie wybaczy sobie nigdy, iż pozwolił zabić własną siostrę... która przecież nieraz była dla niego prawie tak samo kochana, jak matka... I kto ją zabił? Tak, Tsurai. Seimei rozumiał, że powinien pomścić siostrę, ale na kim? Na Tsurai'm? Nie, wiedział, że nigdy nie byłby w stanie zrobić krzywdy władcy ognia... jego psychika nie była do tego zdolna... A w dodatku Tsurai tylko wykonał obowiązek, który miał powierzony... Tak więc... Seimei nie miał prawda się mścić... Ach, czemu to wszystko tak się gmatwa? Zielonooki nastolatek wiedział, że Święta Wojna nie będzie łatwa, ale nie spodziewał się aż takich trudności... Ray, siostrzyczko! Gdzie teraz jesteś, do jakiego wymiaru udałaś się na swój ostateczny spoczynek? Ty nawet nie wiesz, jak twój ukochany brat za tobą tęskni... Seimei poczuł gorycz, wiedział, że gdyby był parę lat młodszy, pewnie by się rozpłakał. Jednak treningi zahartowały go tak mocno, że teraz jego twarz stała się jakby z kamienia, nie mogła po niej spłynąć ani jedna łza...
Od parunastu minut szli w milczeniu, zarówno Arashi jak i Seimei myśleli o swoich sprawach. Jedno zaczęło ich łączyć - nienawiść do misji, która zmieniła ich życie i odebrała osoby, z którymi spędzili wspólnie tyle chwil swych istnień... do których mniej lub bardziej świadomie się przywiązali.
- Czym jest optymizm, Arashi... - oznajmił nagle Seimei. - To jest wymysł. Nie można patrzeć z nadzieją w przyszłość, której się nie zna, która zamiast radości może przynieść tylko rozczarowanie...
Arashi spojrzała na niego z lekkim rozbawieniem, była dzisiaj zbyt wesoła, aby pojąć filozoficzne prawdy. Seimei także się uśmiechnął, ale wtem uśmiech gwałtownie zanikł na jego twarzy.
- Cholera! - zaklął.
Arashi spojrzała na niego z zaskoczeniem - Seimei nie klął tak często, jak inne chłopaki. Po chwili zauważyła, że władca wody patrzy nieruchomym wzrokiem w bok - Arashi też tam spojrzała i... po prostu oniemiała. Dostrzegła małą dziewczynkę, ubraną w szatę kapłanki. Była o wiele bardziej zdziwiona od Seimei'a widząc niezwykłe dziecko, wszak władca wody widział już małą o wiele wcześniej, w wymiarze bogini światła. Seimei nie zastanawiając się wiele, przyskoczył do dziecka, ale w momencie, kiedy chwycił dłoń dziewczynki, niedaleko pojawiły się dwie, nieznane dwójce wojowników, osoby: czarnowłosa dziewczyna i czarnowłosy chłopak, obaj niesamowicie do siebie podobni.
- Trzymaj małą, Kageru! - zawołała dziko dziewczyna, kierując wzrok w stronę małej kapłanki.
Chłopak nazwany przez dziewczynę Kageru, w pośpiechu podbiegł do Seimei'a i odtrącił władcę wody. Zdezorientowany Seimei już po chwili się opanował i chwycił nieznajomego za kołnierz koszuli. Kageru puścił rękę małej i już po chwili dziewczynka zniknęła w otchłaniach złotego światła. Arashi była tylko biernym świadkiem tak prędko następujących po sobie zdarzeń, z wygłupioną buźką obserwowała Seimei'a (kłócącego się o coś z Kageru) i nieznajomą dziewczynę, która z założonymi rękoma stała nieopodal. Czarne oczy nieznajomej pałały chęcią mordu, ale dziewczyna zachowywała genialny spokój i tylko od czasu do czasu gwałtowniej podrygiwała. Kłótnia Seimei'a i Kageru stawała się coraz donośniejsza.
- A co? Myślisz, że to tylko ty masz misję?
- A co tobie do jakieś smarkuli?
- To ty ją pierwszy chwyciłeś! Jak ty coś do niej masz, to czemu ja nie mam mieć tego samego prawa, he?
- Tak, uganiaj się za kapłanką po innych wymiarach! I to w dodatku za dzieckiem! Ty jesteś szalony, jak słowo daję!
Cierpliwość Arashi i nieznajomej pannicy skończyła się. Obie dziewczyny podeszły do swoich kolegów i wspólnymi siłami ich rozdzieliły.
- Seimei, co ty wyrabiasz?! - Arashi usiłowała uspokoić rozeźlonego Seimei'a.
- Puść, Arashi, ja mu muszę przyłożyć! - prosił Seimei, próbując się wyrwać z silnego uścisku Arashi.
- Zgłupieli do reszty. - podsumowała obojętnym tonem nieznajoma dziewczyna.
Ten niesamowicie spokojny, chłodny ton podziałał na skłóconych chłopaków jak kubeł zimnej wody. Obaj stanęli zdezorientowani, rozpaleni wolą bójki z tym drugim. Arashi podeszła do nieznajomej i wyciągnęła rękę, jednak obca dziewczyna delikatnie, lecz stanowczo ją odsunęła.
- Arashi, znam zarówno ciebie, jak i twojego kolegę. A moja tożsamość niech pozostanie dla ciebie tajemnicą, im później ją poznasz, tym lepiej. - uśmiechnęła się.
Arashi z zaskoczeniem przyjrzała się nieznajomej. Kolejna nieznana osoba... która w dodatku ją zna... trochę tego za dużo... Na początek ta dziwna mała, później ta parka... Świat znowu przewraca się do góry nogami, pomyślała Arashi. Ledwo ochłonęła po zwariowanych wydarzeniach z zeszłego tygodnia, a już czekała ją kolejna niespodzianka. Nieszczęsna kapłanka uznała, że ma tego wszystkiego dość. A jednak czuła sympatię do tej nieznajomej - obca dziewczyna miała szczerą twarz i pogodne wejrzenie. Skoro jednak miała to być tylko znajomość paruminutowa - no cóż. To w końcu Przeznaczenie miało za zadanie zajmować się takimi sprawami, a nie Arashi. Kapłanka uśmiechnęła się więc i oznajmiła:
- Dobrze, nie będę nalegać.
Nieznajoma z wdzięcznością odwzajemniła uśmiech. Kageru zdołał już ochłonąć po zapale bitewnym i podszedł do swojej anonimowej przyjaciółki.
- Nie udało się tym razem, uda się następnym. Idziemy. - zadecydował.
Dziewczyna skinęła głową i po chwili obaj, spoglądając dziwnym wzrokiem na dwójkę wojowników, rozpłynęli się w innym wymiarze. Arashi nie zatrzymywała ich. Miała przeczucie, że kiedyś jeszcze się spotkają...

6.
***
- Co? - wykrzyknęła Seishin, podnosząc się z krzesła i gwałtownie stawiając puszkę z colą na blacie stolika.
Szóstka Wojowników siedziała w jakimś przytulnym barku, popijając sobie chłodne napoje i rozmawiając swobodnie. Przed chwilą Arashi napomknęła o swojej dziwnej przygodzie sprzed niecałej godziny.
- To, co mówiłam. Chłopak miał na imię Kageru. Co takiego dziwnego w tym imieniu? - Arashi była nieco zaskoczona reakcją liderki.
Seishin odzyskała już co nieco ze swojego opanowania, ale wyglądała na szczerze zdumioną, aż w końcu Arashi nie wytrzymała i poprosiła władczynię wiecznych lodów o wyjaśnienie jej przyczyn swojego zdumienia, na co Seishin przystała bez oporów.
- Chcesz wiedzieć, to ci powiem, nie ma tu co ukrywać, bo to ciekawy przypadek. Czarnowłosy Kageru to bóg zachodu, zaś jego siostra o tym samym kolorze włosów to Neeko, bogini wschodu. Teraz wiesz, co mnie dziwi? Fakt, że was nie zaatakowali, mimo iż wiedzieli, kim jesteście. - wyjaśniła, obserwując ze spokojem, jak zmienia się wyraz twarzy Arashi.
- Potrzebuję chwili skupienia. - oznajmiła wszem wobec Arashi, składając głowę na dłoniach.
Czy to możliwe, że to sympatyczne, żywiołowe rodzeństwo może przynależeć do bogów? Czyżby jej przeczucie, że kiedyś się spotkają... Arashi nie chciała walczyć z Neeko i Kageru - zbyt ich polubiła. Jednakże... kto wie, z kim odbędzie kolejną walkę... wszystko leży w dłoniach Przeznaczenia... Jeżeli jednak będzie musiała z nimi walczyć... No cóż, wówczas może nawet ich zabije. Arashi dobrze wiedziała, że wówczas się nie zawaha - i na samą tą myśl zrobiło jej się trochę nieswojo.
- Arashi, jesteś jeszcze z nami? - spytała Seishin pochylając się nad partnerką.
- Uhm. - mruknęła kapłanka.
- To dobrze. Bo właśnie masz się dowiedzieć, że ty, Seimei i Tsurai wyruszycie dziś na obchód wymiaru, w którym żyją Kageru i Neeko. - oznajmiła Seishin.
- A wy? Kiedy my będziemy walczyć, wy będziecie sobie spać spokojnie w łóżeczkach! Protestuję! - wykrzyknęła Arashi, zwracając na siebie uwagę jakiegoś tęgiego jegomościa, czytającego nieopodal gazetę.
- Nie, moja droga. Ja, Anshi i Shinji wybieramy się dzisiaj do wymiaru boga planety Mars, którego mieliśmy zniszczyć już w zeszłym tygodniu. - wycedziła wolno Seishin.
Arashi umilkła, zapomniała zupełnie, że winna jest posłuszeństwo liderce... a teraz pamięć wróciła... Kolejna walka... Arashi nie była już tak podniecona, jak przed jej pierwszą walką, chociaż... wciąż nie mogła się powstrzymać, aby ujrzeć krew... i zabić swoim wietrznym mieczem... Ech, wiedziała, że prędzej czy później stanie się zawodowym mordercą, ale... nic nie mogła na to poradzić. Lubiła mieć władzę, mieć możliwość kogoś pozbawić życia i patrzeć, jak po ciele kogoś spływa krew... Przez głowę Arashi przemknęła szybka wizja, kapłanka uśmiechnęła się okrutnie, ale po chwili się opanowała i z powrotem stała się w miarę pogodną czternastolatką. Ze zdziwieniem zauważyła w sobie jakąś drugą, gorszą osobowość... pragnącą krwi, trochę sadystyczną... I wzdrgnęła się. Nie, nie może pozwolić, aby ta druga osobowość nad nią zawładnęła! A jednak wiedziała, że im więcej walk stoczy, tym bardziej znikome są szanse, aby została w swojej "normalnej" duszy...
- Spotkamy się dzisiaj o szesnastej, przed szkołą. - oznajmił Tsurai swoim dwóm towarzyszom, dopijając swoją Fantę.
Arashi i Seimei skinęli głową - żadne nie miało nic przeciwko temu. Seimei przeprosił wszystkich obecnych, tłumacząc się, że musi iść do matki i wyszedł z barku. Arashi z dziwną u niej tkliwością obserwowała oddalającą się pewnym krokiem, zgrabną, chłopięcą postać o bujnej szopie miedzianych włosów, o rękach i czole obwiązanych białą tkaniną bandażu... Mimo, że Seimei wyglądał na bardzo pewnego siebie i radosnego, kiedy tak szedł przed siebie, w jego postawie było coś bezbronnego, co budziło tkliwość nie tylko u Arashi, ale i u Tsurai'ego...

7.
***
Była za piętnaście minut szesnasta - taką oto właśnie rzecz zauważyła Arashi, spoglądając na swój nieodłączny zegarek. Siedziała na rozchwianym oparciu zielonej, lekko odrapanej ławki stojącej przed szkołą, nogi obute w czarne sandałki trzymając na siedzeniu ławki. Miała na sobie szatę kapłanki - bynajmniej nie przypominającą długich, powiewnych szat bogiń. Szata kapłanki nie była niczym specjalnym - krótka bluzeczka plus biała, plisowana spódnica do kolan. No i oczywiście pasek, na którym wisiały dwa talizmany: wiatru i Przeznaczenia, oraz trzy klucze do wymiarów w innych galaktykach. Na szyi Arashi połyskiwał srebrny łańcuszek z zawieszonym na nim symbolem kapłaństwa. Uszy kapłanki przyozdobione były białymi kolczykami w kształcie gwiazdek, zaś gruby kosmyk włosów został spięty na czubku głowy białą spinką. Dziewczęcy strój i długie włosy bynajmniej nie harmonizowały w tej chwili z Arashi, która pogwizdując kiwała się na oparciu ławki, w pozie typowej raczej dla chłopaka. Specjalnie przyszła wcześniej, bo przynajmniej miała przed swoim sumieniem wymówkę, aby paręnaście minut poleniuchować i wystawić buźkę na słoneczko... Uch, było pięknie... Arashi byłaby chyba stuprocentowo szczęśliwa, gdyby nie fakt, że za chwilę miała stoczyć kolejną decydującą walkę.
Kolejne zerknięcie na zegarek powiadomiło rozleniwioną Arashi, że jest już za pięć szesnasta. Jak ten czas szybko leci... O, jest już Seimei. Krótkie, czarne spodnie odsłaniały posiniaczone i pokryte skrzepami kolana chłopaka, biała koszula z krótkim rękawkiem pokazywała nagie ramiona i dłonie, obwiązane szczelnie bandażami, lekko zmoczonymi krwią. Bandaż na czole Seimei'a również był leciutko zakrwawiony. Arashi po raz nie-wiadomo-który podczas tego tygodnia spoglądała na władcę wody ze zgrozą zadając sobie pytanie,  co właściwie Seimei i Tsurai wyrabiali w tej przeklętej świątyni bogini światła.
- Cześć! - oznajmił Seimei lakonicznie, przysiadając się obok Arashi, na oparciu ławki.
- Ohayo, stary. - odwzajemniła przywitanie Arashi, uśmiechając się szeroko do Seimei'a.
- No i jak tam wrażenia przed trzecią bitwą? - zagadnął Seimejek.
- Uch, średnio. - uśmiechnęła się raz jeszcze Arashi, przeciągając się jak kotka, mrużąc oczy w błogim lenistwie i obracając swoją sympatyczną buźkę ku słońcu.
Seimei postukiwał palcami w oparcie ławki, cisza trwała aż do chwili, kiedy na horyzoncie nie zamajaczył się Tsurai. Arashi spojrzała raz jeszcze na zegarek - władca ognia był IDEALNIE punktualny - ani minuty spóźnienia! Uj, Arashi wiedziała, że ona nigdy nie potrafiła przyjść dokładnie na wyznaczoną godzinę - albo przychodziła wcześniej, albo się spóźniała. Tymczasem Tsurai z ostrożnym uśmiechem podał rękę Arashi i pogładził dłonią włosy Seimei'a. Seimei nie zdawał się być szczególnie zadowolony z tej pieszczoty, więc szybko wywinął się spod ręki przyjaciela i stanął na uboczu. Tsurai stanął przed swoimi "podwładnymi na czas tej misji", Seimei i Arashi uznali bowiem bez żadnych zastrzeżeń zwierzchnictwo Tsurai'ego - był najlepszym wojownikiem z nich wszystkich.
- Nie będę was zanudzać wstępami - wszyscy doskonale znamy nasze umiejętności i wiadomości. Proponuję, abyśmy od razu przestąpili do teleportacji. - oznajmił krótko.
Arashi zgromadziła swoją energię i wyzwoliwszy swoją duszę dokonała teleportacji, podobnie jak i Seimei z Tsurai'm. Minuta po szesnastej nie zastała na placu przy drzwiach frontowych ani jednego wojownika...

Ciąg dalszy

Wróć do strony głównej moich opowiadań
Wróć do strony głównej
***
(C) 1999, Liliana Lemańczyk