Shonen-tachi
by Liliana Lemańczyk
***
ROZDZIAŁ VIII
"Słodka Wybawicielka"
Świtało... W galaktyce było pięknie i cicho, ale był to spokój tylko pozorny. Mizu wiedział o tym bardzo dobrze i dręczyła go złowieszcza wizja. Teraz, o poranku, szedł właśnie Kosmicznym Traktem do Planetarium, gdzie czekał już na niego władca Neptuna. Mimo ostrzeżeń Higashi'ego Wojownik Nereidy jednak postanowił się tam udać. Westchnął ciężko. Nie mógł uwierzyć, że był w stanie zranić ukochanego przyjaciela z dzieciństwa. Ech, jak mógł... Dlaczego wcześniej nie wyzwolił się spod mocy Neptuna?... Wyrzuty sumienia dręczyły go także w chwili, kiedy wszedł do Planetarium.
- Cześć ci, Neptunie! - powiedział chyląc głowę.
- Witaj, wojowniku, dobrze, że przybyłeś. Mam dla ciebie misję. - odrzekł Wojownik Neptuna uśmiechając się leciutko.
Mizu nie spodobał się ten uśmiech, ale tłumaczył to sobie zmęczeniem władcy. W końcu Neptun miał tyle obowiązków na głowie... Tymczasem ów kontynuował:
- Wiesz, że w naszych szeregach znajdują się osoby nie zamieszane w całą sprawę, a może nawet rebelianci. Wiesz też pewnie, że do wojowników tych należą Bóg Urana i Bogini Mirandy, prawda?
Mizu słuchał w skupieniu, od dawna wiedział, że Neptun ma na pieńku z Uranem i raczej nic nie zapowiadało, aby łatwo się pogodzili... Wtedy Wojownik Neptuna wypalił prosto z mostu:
- Chcę, abyś się ich pozbył.
Szok! Mizu otworzył szeroko oczy wpatrując się ze zdumieniem we władcę. To oczywiste, że on, zwykły wojownik, nie pokonałby boga. Przecież to było jak wyrok śmierci, ale jakże sprytnie przemyślany! Mizu zacisnął zęby wpatrując się tępym wzrokiem w ziemię. No tak, to w ten sposób Neptun chce pewnie ukarać go za porażkę... a kto wie, czy nie za coś innego...
- Zgadzasz się? - usłyszał głos władcy.
Spojrzał mu w oczy. Ze ściśniętej krtani nie wydobył się ani jeden dźwięk.
- No co? - ponaglał go Neptun z perfidnym uśmiechem.
- A jeżeli odmówię? - spytał wreszcie Mizu opanowując szok.
- Zginiesz w torturach. - usłyszał stanowczą odpowiedź.
Po czole Mizu zaczęły spływać błyszczące kropelki potu. No to świetnie, urządził się... Ma do wyboru trzy rodzaje śmierci: z ręki Urana, z ręki Neptuna i z ręki własnej. Wiedział, że nie wymknie się tym razem; wiedział, że to już koniec...
- Postaram się wypełnić misję. - powiedział, ale po jego głowie krążyły zupełnie inne, mroczne myśli.
Neptun uśmiechnął się dziwnie.
- To dobrze. Możesz odejść. - powiedział jednak tylko.
Mizu skłonił się i powoli skierował swe kroki ku wyjściu. Nie, nie miał już żadnej szansy... Jedynym widmem przyszłości była śmierć...
***
Niedawno temu wstało właśnie słońce, ale ja już byłem na nogach. Mimo zimna panującego na dworze wybrałem się na mój rutynowy trening, biegi w plenerze. Z przyjemnością wdychałem rześkie powietrze wczesnej zimy, skręciłem na tereny wzniesień. Lubiłem biegać przez pagórki i tym razem nie zamierzałem darować sobie tej przyjemności. Wdychając świeże powietrze myślałem o Kitano, który w zeszłym tygodniu wylizawszy się z ran wyjechał do Chin, aby tam trenować razem z innymi sensei. Ech... Szkoda, że już mnie opuścił, ale obiecał przecież, że wróci na Święta! Biegłem bez śladu zadyszki, równo, rytmicznie... W pewnej chwili przystanąłem, przed oczyma zamajaczyła mi się wysoka, szczupła sylwetka. Coś mnie tknęło. Postać stała na wysokim wzniesieniu spadającym stromo w dół. W dolince były tylko twarde skały, o które bez problemu można było roztrzaskać sobie główkę. Przyjrzałem się uważniej postaci i rozpoznałem Mizu! Rozsądek mówił mi, że mój przyjaciel po prostu chce sobie pooglądać widoki, ale w duszy czaił się niepokój, i to poważny niepokój. Szybko podbiegłem do Wojownika Nereidy i klepnąłem go w ramię.
- Hej! - przywitałem się z uśmiechem.
Mizu odwrócił się szybko ku mnie, jego twarz wyrażała zaskoczenie.
- Co ty tu robisz?! Odejdź! - zawołał.
Niepokój w mym sercu narastał. Miałem bardzo złe przeczucie. Umocniło się ono wtedy, kiedy w dłoni Mizu błysnął nóż. Cofnąłem się z przerażeniem.
- Odejdź! I tak nie zrozumiesz, dlaczego! Idź już sobie! - powtórzył Mizu z naciskiem.
W jego oczach pojawił się błysk szaleństwa. Nie! Nie miałem bynajmniej zamiaru zostawić Mizu w chwili, kiedy jest gotów popełnić jakieś głupstwo. Wtem serce stanęło mi w gardle. Czyżby Mizu zamierzał... Nie, to byłoby szaleństwo! A jednak, ten błysk w oczach, nóż zabrany na pustkowie...
- Mizu! Błagam cię, nie rób tego! - zawołałem przerażony.
Próbowałem mu wyrwać nóż z ręki, ale skończyło się to na tym, że Mizu choćby nieumyślnie przejechał mi nożem po ręce. Szybko pojawiła się krew, ale ja nie miałem czasu zwracać na to uwagi.
- Mizu! Zostaw ten nóż, proszę!!! - wykrzyknąłem nadal mocując się z silniejszym przyjacielem.
Ale w pewnej chwili Wojownik Nereidy odepchnął mnie silnym uderzeniem, ja nadal trzymając nóż, który usiłowałem wyrwać przyjacielowi, potoczyłem się po skałach. W tej samej chwili Mizu bez namysłu skoczył w przepaść. Nie... Prawie z łzami w oczach podbiegłem do brzegu przepaści i spojrzałem w dół. Momentalnie odwróciłem wzrok przygryzając wargi. Ostrożnie, ale szybko zeszłem do przepaści chwytając się występów skalnych. Ukląkłem przy Mizu i odwróciłem jego twarz ku sobie. Żył jeszcze, ale oddychał płytko i nierówno. Po jego mętnych oczach widziałem, że cierpiał. Był cały poraniony, na jego wargach pojawiła się krew. Zachowywał jednak przytomność. W moich oczach pojawiły się znienawidzone przeze mnie łzy, które zdradziecko spłynęły mi po policzkach.
- Mizu, dlaczego, dlaczego... - szeptałem z żalem i swego rodzaju czułością.
Mizu odkaszlnął krwią. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się leciutko.
- I tak bym zginął... Pewnie domyślasz się, że chciałem popełnić samobójstwo... ale przeszkodziłeś mi w tym.... Byłem zmuszony do skoku... ale nie udało mi się skoczyć na głowę... Jeżeli nie chcesz, abym dłużej cierpiał, dobij mnie... Już nie mam sił, aby sam to uczynić, a nie chcę umierać powoli.... - powiedział cicho.
Odwrócił głowę, po podbródku spływała mu krew. Zauważyłem, że w dłoni trzymam jeszcze nóż... ale żeby wbić go w serce umierającego Mizu? Nigdy!
- Nie, zabiorę cię stąd, będziesz żył. - szeptałem odgarniając włosy ze spoconego czoła Mizu.
Mizu uśmiechnął się, ale teraz jakby z żalem.
- Higashi, jaki ty jesteś naiwny... Ja już umieram i tylko ty możesz mi oszczędzić dalszych cierpień... Nie wahaj się... przecież trzymasz w ręku nóż... - mówił przez ściśnięte gardło.
Wybuchając gwałtownym płaczem pokręciłem przecząco głową. Po pierwszym szoku zrozumiałem, że oto właśnie tracę drugą najważniejszą dla mnie osobę na tym świecie! Cała moja dusza protestowała przeciwko temu. Twarz Mizu ścisnęła się w bolesnym skurczu.
- Higashi, zrób mi tą ostatnią przysługę... - szepnął Mizu już prawie niedosłyszalnie.
Poczułem, jak zakrwawiona dłoń wojownika chwyta moją dłoń. Ścisnąłem ją.
- Higashi... - szeptał dalej Mizu.
- Ale dlaczego, co jest przyczyną?! - pytałem rozżalony.
- Neptun... - usłyszałem cichą odpowiedź przyjaciela.
Po jego policzkach stoczyły się łzy. Serce ścisnęło mi się z wewnętrznego bólu, swoim ciałem czułem jego cierpienie. Nie miałem wyboru. Trzęsącą się ręką podniosłem nóż do góry. Ostrze zalśniło w blaskach wschodzącego słońca... Przymykając oczy upuściłem sztylecik w dół, poczułem, jak zagłębia się on w miękkie ciało... Mizu ścisnął mocniej moją dłoń... Po paru minutach absolutnej ciszy poszukałem na jego ręce pulsu, ale nic nie czułem... Otworzyłem powoli oczy i spojrzałem na twarz przyjaciela. Była spokojna, zakrwawiona, ale uśmiechnięta... Nieco niżej, dosłownie pod mostkiem, tkwił głęboko nóż. Spojrzałem na to rozszerzonymi oczyma. Co ja zrobiłem... Nadal klęczałem obok zwłok, nie mogłem się poruszyć. Już nie płakałem, klęczałem tylko obok jednej z najdroższych mi osób ściskając w dalszym ciągu ciepłą, lepką od krwi rękę. Opuściłem głowę na pierś przyjaciela i tak trwałem w milczeniu...
***
Pół godziny później. Yonaka i Hikari właśnie spacerowali wśród wzgórz, w ognistych włosach Sensei Wenus błyskały słabe promyki zimowego słońca. W pewnej chwili Yonaka przystanął i objął Hikari w pasie.
- Na co ty sobie pozwalasz! - zawołała oburzona Hikari, ale po chwili zaczerwieniła się.
- Hikari, proszę, zapomnij na chwilę o tym, że jesteś moją sensei - wyszeptał Yonaka.
Twarz wojowniczki jeszcze mocniej oblała zdradziecka czerwień, ale Yonaka leciutko uniósł jej podbródek. Przytulił dziewczynę. Hikari nie broniła się nawet w chwili, kiedy Wojownik Merkurego nachylił się nad jej twarzą i musnął delikatnie wargami jej usta. Po chwili puścił swoją sensei, a Hikari przez chwilę stała oniemiała.
- Ale... ale nam nie wolno! Ty jesteś uczniem, a ja sensei! To wbrew przepisom planet! - wyjąkała po chwili.
Ale Yonaka uśmiechnął się i lekko pogłaskał dziewczynę po twarzy.
- Prosiłem, zapomnij. - powiedział czule.
Hikari również się uśmiechnęła i podniosła na niego spuszczone dotąd oczy.
- Dobrze, ale tylko na czas, aż sam nie osiągniesz stopnia sensei! - odrzekła.
W tej chwili obaj roześmiali się.
- Och, Hikari... Nie masz pojęcia, jak się cieszę... - szeptał Yonaka obejmując jednym ramieniem trenerkę.
Szli powoli, w radosnym milczeniu, kiedy drogę zastąpiło im dwóch dorosłych ludzi: mężczyzna i kobieta. Byli oni ubrani normalnie, ale Yonaka i jego sensei poczuli od razu dziwną energię... Przez chwilę cała czwórka mierzyła się badawczo wzrokiem.
- Co wy tu robicie? - spytała po chwili kobieta.
- Miranda... - szepnęła Hikari podświadomie.
- Chyba widać, że korzystamy z pięknego poranka i wybraliśmy się na spacer. - odpowiedział obronnym tonem Yonaka.
- Wiecie, że łamiecie przepisy, prawda? - spytał z ostrożnym uśmiechem mężczyzna.
Yonaka obruszył się i puściwszy przytuloną do niego Hikari podszedł do mężczyzny.
- To moja sprawa, co ja robię. Nikt nie będzie decydował o moim losie, a zwłaszcza przepisy planet. - wycedził wolno.
Mężczyzna, Bóg Urana, uśmiechnął się z rozbawieniem.
- Uspokój się, wojowniku. Wcale nie mam zamiaru wtrącać się do waszych prywatnych spraw. - powiedział.
Yonaka powoli wypełniał polecenie boga, kiedy Miranda stała w milczeniu naprzeciwko Hikari.
- A ty? Co tu robisz, bogini? - spytała powoli Hikari.
- Bądźmy szczerzy, poczułam energię gasnącego, potężnego księżyca Neptuna i obaj postanowiliśmy sprawdzić, co się stało. - wzruszyła ramionami Miranda.
- Jaki to księżyc? - spytał nagle wiedziony złym przeczuciem Yonaka.
- Nereida. - odrzekł spokojnie Uran.
Hikari i Yonaka zamienili ze sobą szybkie spojrzenia.
- Mizu... - szepnęła Sensei Wenus.
***
Klify, skały, wodospady, pagody - po prostu Chiny. Kitano ocierając pot z czoła, na chwiejących się nogach, właśnie kierował swe kroki w stronę sporej pagody. To tam miał się spotkać razem z pozostałymi uczestnikami treningów, a kilkutygodniowy marsz w zawrotnym tempie i z małymi przerwami poważnie nadwątlił jego siły. Ale oto wreszcie był na miejscu. Uśmiechnął się i przyspieszył kroku. Podobało mu się tu. Nie było zbyt zimno, a pagoda położona była w naprawdę malowniczej scenerii. Stała na wysokiej skale przy wodospadzie, a w dolince pod skałą znajdowało się sporo drzew i innego rodzaju zieleniny. Postał trochę pod skałą wdychając czyste, nie zatrute miejskimi spalinami powietrze. Wtem niedaleko zauważył smukłą, kobiecą sylwetkę. Wydawała mu się skądś znajoma, ale nie potrafił powiedzieć, skąd. Kiedy podszedł bliżej, dostrzegł całą postać. Mniej więcej siedemnastoletnia dziewczyna, w której czarnych włosach igrały złote blaski zimowego słońca, stała na skałach i spoglądała na pieniącą się wodę u podnóża wodospadu. Kitano przyjrzawszy się bliżej dziewczynie uśmiechnął się z przekąsem. No tak, to Charon. Czyżby ona także wybrała się na treningi? No cóż, każdemu wolno... Westchnął i skierował się w stronę pagody.
***
Tak... Minęła już dobra godzina, a może nawet dwie od czasu niefortunnego poranka z nożem i pierwszy szok minął... W tej chwili była pewnie ósma lub dziewiąta, ale ja nie zwracałem uwagi na czas. Stałem nad grobem Mizu, który wykopałem własnymi rękoma i na którym postawiłem własnoręcznie umocowany z gałązek krzyż. Byłem pogrążony w różnych rozmyślaniach, ale w umyśle jak neon migotało mi słowo: zemsta. Przypomniałem sobie, jak Mizu jako ostatnie słowo wypowiedział imię Neptuna... Nie, to nie ujdzie płazem! Nie wiedziałem, co się stało u Neptuna, ale musiało to być coś strasznego. Rozsądny Mizu nigdy nie popełniłby samobójstwa bez powodu... Snułem domysły: szantaż, załamanie psychiczne... Westchnąłem i ukląkłem wbijając nieszczęsny, zakrwawiony nóż w ziemię na mogile. Spoczywaj w spokoju, biedny Mizu... Czułęm pustkę tak przeraźliwą, że aż mi się słabo robiło. Nie cieszył mnie już zimniutki, ale jakże delikatny podmuch wiatru ocierający się o moje policzki... Strata, niewybaczalna strata, strata, która musi zostać pomszczona! Klęczałem nad mogiłą z parę minut, ale później uznałem za stosowne oddalić się od miejsca zbrodni. Wspiąłem się na skały i powoli, ociężałym krokiem skierowałem się w stronę lasku, przez który przejść musiałem, aby dotrzeć do domu, za który uważałem obecnie kawalerkę Hikari... Przypuszczałem, że w kawalerce nie będzie nikogo (Yonaka i Hikari pewnie także wybrali się razem na trening), a o niczym teraz nie marzyłem bardziej, niż aby porządnie się wypłakać. Przyspieszyłem kroku. Niedługo weszłem pośród drzewa, na których szeleściły nieliczne liście. Zrobiło mi się zimno. No tak, wiedząc, że się spocę podczas biegów, nie wziąłem żadnej kurtki... Wtem uczułem pieczenie na ręce. Ach, to ta rana... Zupełnie o niej zapomniałem, a teraz, kiedy otarłem się o korę jednego z drzew, ona znowu się rozkleiła. Rozejrzałem się wokoło i ujrzałem w pobliżu źródełko. Podbiegłem do niego i zanurzyłem rękę w lodowatej wodzie. Mizu... Kitano... Obaj mnie opuściliście... Dlaczego...
***
W Chinach zaczęło się ściemniać, w pagodzie trenujących sensei rozlegały się głosy i śmiechy wojowników, którzy skończyli właśnie przed chwilą pierwszy boski trening i teraz odbywali zasłużony odpoczynek. Wśród sensei brakowało tylko Kitano. Ten zmęczony nieustannym hałasem stał przed pagodą i z niesmakiem wpatrywał się w jej okienka. Miał dość tego towarzystwa, o wiele bardziej lubił ciche i spokojne wieczory spędzone wśród przyjaciół. Ale cóż miał robić? Zdecydował się na trening i teraz za to płaci... Westchnął. Dobiegły do niego chichoty wojowniczek, które spędzały czas w swoim żeńskim towarzystwie plotkując sobie w najlepsze. Uśmiechnął się z pobłażaniem. A gadajcie sobie, panienki i panowi, Kitano zrobi sobie w tym czasie spacerek po okolicy. Z tym właśnie zamiarem Sensei Marsa zszedł ze skał i przystanął nad rzeczką. Wtem ze zdumieniem dostrzegł ciemną główkę na tle czystej wody rzeczki płynącej pod wodospadem. Uniósł jedną brew. Woda nie była bynajmniej najcieplesza, ba, była lodowata! Kitano zanurzywszy w niej rękę cofnął ją po chwili wzdrgając się. Kto byłby w stanie kąpać się w takiej wodzie? Po chwili głowa nieznajomej postaci wynurzyła się z wody. Kitano uśmiechnął się. No tak, znowu Charon. Zdjął sandały, podkasał nogawki spodni i powoli wszedł do zimnej wody. Już po chwili znalazł się przy wojowniczce. Przez chwilę dziewczyna mierzyła jego twarz nieufnym wzrokiem, ale w pewnym momencie uśmiechnęła się zagadkowo.
- No tak, kto by pomyślał, że spotkamy się na treningach. - powiedziała po chwili milczenia.
- Nie przypuszczałem, że jesteś już sensei. - odpowiedział Kitano.
- Bo nie jestem. - odparowała Charon.
Otrząsnęła się z wody i powoli skierowała się w stronę brzegu. Usiadłszy na klifie narzuciła na siebie wiatrówkę, nogi zaś spuściła do wody. Kitano usiadł obok niej.
- To wobec tego jakim cudem znalazłaś się na tych treningach? - spytał.
Charon uśmiechnęła się jakby z wyższością.
- Mam wpływowego ojca. - odrzekła.
- Acha. - mruknął Kitano.
Od chwili, kiedy Higashi ożył, Kitano nie żywił już żalu do wojowniczki. Zdaje się, że i Charon nie miała żadnej urazy do Kitano, obaj byli sobie nawzajem nieznani i pełni sekretów. Słońce powoli zachodziło tworząc na rzeczce wielką, czerwoną plamę. Charon westchnęła i podwinęła mokre nogi pod brodę. Obaj obserwowali zachód słońca w milczeniu, rozkoszując się jego pięknem. Wtem od wody powiało chłodem. Kitano rzucił zaniepokojone spojrzenie na towarzyszkę.
- Przeziębisz się. - oznajmił.
Ale Charon uśmiechnęła się.
- E tam. Nie chcę jeszcze wracać do pagody, pewnie oni jeszcze zabawiają się, a ja chcę trochę spokoju. - powiedziała spoglądając w oczy Kitano.
Kitano odwzajemnił uśmiech.
- Ja też mam dość towarzystwa pozostałych. Zdaje się, że posiedzimy sobie jeszcze razem. - odpowiedział.
Zapadła cisza, przerywana tylko silniejszym podmuchem wiatru albo chlupotem wody obijającej się o skały. Ale nie była to cisza niezręczna, lecz cisza pełna wyrazu, lekkiego smutku, ale i radości ze spotkania bratniej duszy będącej zarazem ponoć przeciwnikiem. Powoli słońce skryło się za horyzontem i granatowawe niebo rozświetliło się gwiazdami, odległymi od Ziemi o tysiące lat świetlnych, ale jakże bliskimi dwójce samotnych wojowników planet...

KONIEC ROZDZIAŁU VIII

Wróć do strony głównej moich opowiadań
Wróć do strony głównej
***
(C) 1999, Liliana Lemańczyk